Category Archives: Książka

Oddział chorych na raka – Aleksander Sołżenicyn – recenzja z niedoczytanej pozycji

Oddzial-chorych-na-raka_Aleksander-SolzenicynDługo nie pisałam z uwagi na urlop, a na urlopie czytałam tylko jedną książkę i jej niestety nie skończyłam. I tak już chyba zostanie, gdyż wymieniona pozycja nie poleciała ze mną z powrotem na koniec świata. A szkoda, jestem trochę ciekawa losów pacjentów oddziału chorych na raka. Mam nadzieję, że wyzdrowieli i wyszli ze szpitala chociaż ton powieści tego raczej nie zapowiada.

Wszyscy podkreślają, że surowy szpital Sołżenicyna to alegoria państwa totalitarnego, dla mnie jednak ważniejsza była ta dosłowna wymowa – opis placówki leczącej raka, jej pacjentów, pielęgniarek i lekarzy, nakreślony z przeraźliwie rzeczową dokładnością, bardzo wiarygodny, oddający nie tylko medyczną, naukową i zawodową stronę, ale także ludzkie uczucia, lęki, przemiany pod wpływem terminalnej choroby. Wkradła się też odrobina romansu, delikatnego i trochę rzewnego.

Rak jest niewątpliwie straszną chorobą, która pochłania nie tylko ciało, ale i ducha człowieka, zżera ludzkie marzenia, dążenia, zmienia priorytety, przewartościowuje ideały. Zycie z rakiem to jak egzystencja na tykającej bombie. Sołżenicyn sam jej doświadczył, może dlatego jest wiarygodny, nie koloryzuje, nie pociesza, nie wykłada morałów. Chorzy bohaterowie powieści są tacy ludzcy, zwierzęco wyczuwają czyhającą za zakrętem śmierć. Lekarze – bardzo znieczuleni, ale podskórnie czujący każdą porażkę, ciągle walczący o każdego pacjenta, oszukujący ich, aby nie pozbawiać ich nadziei.  Przepracowani, zmęczeni, ma się wrażenie, że sami są chorzy od nadmiernego przebywania w tym gnieździe rozpaczy.

Warto przeczytać, warto poczuć.

 

Pod kopułą – Stephen King

Pod kopułą - Stephen KingNowa książka Stephena Kinga “Pod kopułą” to moim zdaniem powrót do przyzwoitej formy i lekki powiew świeżości w gatunku thriller. Jest tu wszystko, co jako fanka lubię w twórczości tego autora:

  • Słodkie i trafne naśmiewanie się z głupoty ludzkiej
  • Wulgarne i prosto z mostu dialogi
  • Czarne jak Smoła ale wciąż wiarygodne charaktery
  • Dobre analizy zachowań ludzkich w trudnych sytuacjach

Pewnego dnia małe miasteczko oczywiście w stanie Maine zostaje drastycznie i dosłownie odcięte od świata przez przezroczysta kopule. Wojsko próbuje rożnych metod pozbycia się niewidocznej bariery ale żadna nie przynosi skutku.

Już po kilku dniach od zdarzenia robi się niespotykanie jak na ta porę roku ciepło, zaczynają umierać rośliny, krowy nie dają mleka a dzikie zwierzęta popełniają coś w rodzaju samobójstwa. Nie lepiej dzieje się w małej społeczności miasteczka. Upiorny Jim Rennie widzi kryzys jako szanse zdobycia absolutnej władzy w mieście, jest nieobliczalny i niebezpieczny, zniszczy wszystko co stanie mu na drodze. Mały obóz mieszkańców z byłym żołnierzem Iraku na czele próbuje się mu przeciwstawić. Poleje się mnóstwo krwi, a wszystko opisane z naturalistyczna dokładnością i zimną obojętnością narratora. Rewelacja !

Oczywiście mimo wart jej akcji wywołanej zachowaniami ludzkimi najbardziej interesująca jest zagadka kopuły. Ta jednak okazuje się troszkę jakby niedopieszczona przez autora, tak jak i zakończenie. Mimo to książka wystarczającej ilości dobrze czytających się stron, aby głód Kingowy został obficie zaspokojony.

Source code – ej, coś tu się nie zgadza…

Source codeSource code to jeden z tych filmów, które są “fajne”, które lekko można polecić znajomemu do ściągnięcia na torrencie  i które można chwilę potrawić i zwalidować pod względem spójności całej historii, a tylko dlatego,  że jest całkiem ciekawa.

Wyobraź sobie, że istnieje technologia, która pozwala w jakiś sposów czytać pamięć podręczną martwego mózgu, ostatnie zapisane bajty, aby odtworzyć rzeczywistość widzianą oczami nieboszczyka. Do dyspozycji jest tylko 8 ostatnich minut, tylko tyle zachowuje się w umierających zwojach neuroprzekaźników.

Jeśli ktokolwiek posiada taką technologię, to będzie to oczywiście amerykańska armia, któż inny. Któż inny posunie się też do perfidnego wykorzystania umarłego (prawie) w boju żołnierza do podpięcia go do tej niezwykłej maszyny, w której może on wcielić się w ciało jednego z wielu pasażerów pociągu do Bostonu, który wybucha i nikt nie przyżywa tragedii. Bohaterowi trudno zrozumieć, że nie cofa się w czasie a tylko trafia do umysłu faceta, do jednej z możliwych interpretacji rzeczywistości. Jego misją jest zidentyfikowanie terrorysty. Oczywiście nikt go nie informuje, że tak naprawdę nie żyje. Ups, ja chyba też nie powinnam tego pisać, bo widz też nie jest przez dłuższy czas świadomy 🙂

W każdym razie przejdę do konkretów. Jest to naprawdę fajne kino akcji, dosyć świeże i nie przedobrzone jak podobne gatunkowo “Inception”. Sorry Leonardo, ostatnio wymiękasz, a od tego samego wyrazu twarzy robią ci się zmarchy.  Tutaj bohater (grany przez Jake Gyllenhaal ) jest z krwi i kości, gra aktora też pomaga zbudować prawdziwy i nie pozbawiony wad charakter. Towarzysząca laska (Michelle Monaghan) też ciekawie się zaprezentowała, chociaż trochę była denerwująca, biorąc pod uwagę, że kilka razy była główną przyczyną niepowodzenia akcji (powinien zawsze na początku 8 minut ją unieszkodliwić, żeby się nie pałętała, jak się ratuje świat, ale z drugiej strony wtedy by się nie zakochał 😉

Damian określił go ciekawie: “Geek movie”. Jest trochę taki, ale nawet mój “NIE-geek” był ukontentowany. Trochę dowcipu, trochę akcji, trochę niby-naukowych dyskusji to zwykle recepta na dobre kino. Polecam.

“Zły” Tyrmanda – o moja kochana Warszawo!

Bogdan Łopieński, Pałac Kultury i Nauki, widok od północy, 1958

Bogdan Łopieński, Pałac Kultury i Nauki, widok od północy, 1958

Niesamowicie frapuje historia niedawna, ale wystarczająco odległa, aby w niej nie uczestniczyć, a tylko coś tam o niej słyszeć. Czasy młodości babci i dziadka, lata 50-te, czyli już 60 lat temu! Tak dawno, ale już wystarczająco współcześnie. Niby trochę starocie, ale jakieś takie na czasie.

Najważniejsza książka Tyrmanda to cegła – drobna czcionka na żółtym papierze, dialogi nierozdzielone jak w anglojęzycznych wydrukach – gdyby były rozdzielone, nie zabierałabym jej codziennie do pociągu, bo miałaby 1000 stron i nie zmieściłaby się do torebki 🙂

Jest to niewątpliwie inwokacja na cześć ukochanego miasta, te powtarzające się wyznania uwielbienia rozbawiają, są trafne i spostrzegawcze, niesamowicie poetyczne nawet jeśli wychwalają zalety warszawskich straganów czy lokalnej gwary.

Historia rozgrywa się w przestępczym półświatku powojennej Warszawy, akcja krąży z kartograficzną dokładnością ulicami Pragi, Powiśla, Starego miasta, Woli i okolic obecnego Dworca Centralnego. Wszędzie toczy się dynamiczna odbudowa, miasto otrzepuje się z nie tak odległej zagłady i pręży młode żebra, a napływowi nieobyci robotnicy mieszają się ze starymi miastowymi wyjadaczami. W sercu tego wrzącego tygla, gdzie brutalne akty chuligaństwa nękają porządnych obywateli, wyłania się domorosły Zorro, nazwany Złym.  Na własną rękę wytacza on wojnę drobnej przestępczości i hultajstwu, jest wszędzie, gdzie cierpią niewinni, zapobiega eskalacjom przemocy.

Urasta do legendarnej zjawy ze wściekle białymi oczami. Jest brutalny, ale skuteczny, o wiele bardziej niż milicja, która z zazdrości mu popularności. Zdobywa wierne grono wielbicieli, kopiujących jego metody. Jego sława nie uchodzi także uwagi grubszym rybom, nie bez powodu, Zły sukcesywnie pomniejsza ich szeregi. Nic dziwnego że Ci zainteresowani są jego unieszkodliwieniem, na czele z Kudłatym – odzwierciedlenia najczarniejszego zła i postrachu największych kozaków. Historia trafia też na radar warszawskich dziennikarzy, którzy widzą w niej niesamowity potencjał – romantyczny super-bohater to wspaniały temat na pierwszą stronę.

Trzon powieści skupi się na nieprzeciętnym przekręcie biletowym gangu Merynosa, a liczne wątki zbiegają się w logiczną całość. W tle wartkiej akcji bohaterowie zakochują się, co dodaje powieści romansowego podźwięku.

Nie mogę też pominąć, jak autor zręcznie operuje humorem, odnajduje żart w wydawać by się mogło powszechnych aspektach życia, mistrzowsko wyśmiał zatłoczone tramwaje a historia “Kup pan Cegłę”  – jakże irracjonalna, ale ja jednak wierzę, że mogła się wydarzyć 🙂

Książkę polecam miłośnikom wczesnego PRL-u i poszukiwaczom warszawskiego klimatu. I chociaz wydaje się, że takiej Warszawy już nie ma, że zniknęła pod metropolią pośpiesznych sukcesów, wściekłych kierowców, pozerstwa i mody na drogie drinki, to jednak są elementy paraleliczne. Wtedy też zjeżdzali się nierozgarnięci w oczach Warszawiaków prowincjusze, tramwaje pękały w szwach a Warszawiacy przedzierali się codziennie przez wszędobylskie place budowy.

“Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” – kochana do szaleństwa za te szelmostwa?

Wszyscy zachwalają hiszpańskojęzycznych współczesnych pisarzy. Latynoski boom zapoczątkowany w latach 60-tych trwa nieprzerwanie do dziś, świadczą o tym dobre recenzje, nagrody i uznanie czytelników na całym świecie. Nic w tym nie jest nadmuchane,  iberoamerykańscy pisarze trafiają do serc i pozostają tam na długo.

Co prawda, to moje chyba tylko drugie spotkanie z południowoamerykańskim pisarzem Llosa, wcześniejsze – “Pochwała macochy” zapierało dech pikanterią i cielesnością, czytane pewnego upalnego i beztroskiego lata, czy to jeszcze w liceum czy może później, nie potrafię powiedzieć, było jednak jedną z tych powieści, które czyta się z wypiekami i nutką podskórnego podniecenia. Krytycy zapewne kwalifikują Szelmostwa do tej samej grupy powieści Llosy – nasycone przedziwnym erotyzmem, co oczywiście ucieszyło mnie, gdyż o przywołanie tych moich dawnych i zatartych wrażeń z czytania powieści chodziło mi.

Llosa pisze lekko i bez zbędnych słów. Ta książka jest napisana w pierwszej osobie, w tonie sprawozdania z życia, takiej trochę  naprędce opowiedzianej historii. Tak jakby bohater siedział  z kimś przy kawie i opowiadał. Czasem ekscytuje się i prawie krzyczy, czasem ton opada i bohater wydaje się zmęczony, czasem lekko z rozdrażnieniem. Podczas lektury czytelnik (przynajmniej ja) oswaja się ze sposobem opowieści, przyswaja wyrażenia i zwroty. Niektóre słowa są powtarzane bardzo często, takie jak “niegrzeczna dziewczynko”, “grzeczny chłopczyku”, “chudopachołku”, to będzie zapewne punktem rozpoznawczym w mojej pamięci o tej książce.

Dialogi pary kochanków są mocne, na tyle mocne, że obok wypieków może pojawić się poczucie niedowierzania, że tak mógł napisać poważany klasyczny pisarz, cóż, jemu wolno żonglować na granicy skandalu, nikt go nie posądzi o pisanie pod żądną pikanterii i seksu publikę. Wprawny czytelnik pozna się za pewne, że nie jest to niskich lotów czytadło w stylu “Pamiętnik starego zboczucha”. Jest coś w tych miłosnych opisach, cielesność wręcz pornograficzna, obdarta z romantyzmu i egzaltacji. Opisy kobiecej anatomii są przepiękne, chociaż bywają dosadne. Np.:

“Że najbardziej podniecające w tobie, oprócz tej maciupeńkiej łechtaczki, jest jabłko Adama. Kiedy unosi się, ale szczególnie kiedy opada, tańcząc w twoim gardle”

“Była ciasna, kurczyła się, opierała mi się, skarżyła, aż wreszcie dopiąłem swego. Poczułem ból, jakby mój członek został złamany przez te dygoczące trzewia, które go dusiły. Ale było to cudowne cierpienie, zawrót głowy, w który się pogrążyłem, cały drżący”

“Na zaokrąglonym łonie prześwitywały spod skóry niebieskie żyłki i zalewała mnie czułość, gdy wyobrażałem sobie krew przepływającą przed nie powolutku”

Wszystkie te opisy dotyczą niegrzecznej dziewczynki, bohater nie jest rozwiązłym, świntuszącym uwodzicielem. Jest wierny niegrzecznej dziewczynce do przesady, mimo jej niecnych uczynków, mimo całego bólu jaki mu zadawała, jego miłość jest wręcz trudna do pojęcia, szczególnie że zdaje się być oparta tylko na zwierzęcej chuci. Po zastanowieniu wydaje się być jednak możliwa, nie ma przecież nic racjonalnego w prawdziwej miłości, tej chorobliwej i ostatecznej. Sam bohater w  jednym momencie mówi, że on nie jest zakochany, to jest jak choroba, która go zabija.

Ja sama w niektórych momentach dopingowałam bohaterowi w jego staraniach wyleczenia się, szelmostwo dziewczynki budzi odrazę i niechęć, jest to potworna kobieta, wyrachowana i bezlitosna – prawdziwa modliszka. Bohater jednak zawsze ulegał i jak oswojony szczeniak pogrążał się w nawrocie choroby. Historia powtarzała się wiele razy. Dziewczynka pojawiała się niespodziewanie a potem znikała zostawiając spustoszenie w sercu Ricarda. Ricardo jak ślepy wół, inteligentny na tyle, żeby mieć świadomość swojej słabości, zawsze wpada po uszy a potem wygrzebuje się powoli i boleśnie. Zawsze jednak przyznaje, że chwile z “Chilijeczką” to najszczęśliwsze chwile jego życia.

Niesamowite jest to, że wątek powieści zaczyna się na progu dojrzałości, a kończy na nieuchronnym progu starości, Ricardo opowiada praktycznie całe swoje życie, które w całości naznaczone jest przez tą chorą miłość.  Na drugim miejscu pojawia się chronologia współczesnej historii Peru, dzieje rewolucji z ewidentnym morałem jej bezsensowności, potem bohater barwnie przedstawia jego spotkania z kulturą hippisowską w Anglii.

Podsumowując, ta barwna i żywo przedstawiona historia zauroczyła mnie i zmusiła do za szybkiego dobrnięcia do jej końca. Na samym jej końcu dopiero, trochę szkoda losu niegrzecznej dziewczynki.